List od czytelnika

Drogi Nowy Ruski!

Przede wszystkim wielkie dzięki i ogromny lajk za optymizm, którego będę teraz bardzo potrzebować. Jak jednak za chwilę zobaczysz, można już u mnie dostrzec pewne oznaki pozytywnego myślenia.Ku mojemu zaskoczeniu, z Twoim wpisem zgadzam się bardziej niż podejrzewałem. Po chwili zastanowienia przyznaję, że nie będzie najgorzej. Przede wszystkim, odkrywam nowego siebie, co jest nawet całkiem ciekawe. Dotychczas miałem prawo uważać się za „dziennikarza reżimowego”. Teraz nagle, z dnia na dzień, przeszedłem do szufladki z napisem „niepokorni”, co brzmi znacznie bardziej podniośle. Dotychczas nazywali tak siebie zapiekli prawicowcy-katolicy, a dzisiaj proszę – ja. W telewizji, co prawda, mówili, że w wyborczą niedzielę miała nastąpić zmiana czasu, ale że będzie to aż taka Zmiana Czasów to się nie spodziewałem.

Masz też rację, że głosując, nie wierzymy w spełnienie obietnic polityków. Moim zdaniem, świadczy to o naszym-wyborców optymizmie, bo niektóre z tych obietnic brzmią jak wizje z ul. Partyzantów w powiecie pruszkowskim. Jest mi, na przykład, wszystko jedno kto i z jakiego funduszu nie wypłaci mi emerytury. Nie spodziewam się więc, że władza planuje jakąś poprawę, ale też – jak słusznie napisał pewien internauta na prawicowym forum – PiS ma łatwo, bo by zdobyć poparcie w Polsce nie trzeba nikomu poprawiać życia. Wystarczy pogorszyć je tym, którzy już mają udane.

Nie szkodzi. Nie jestem wyborcą, który pyta władzy, co mi da, bo potrafię sobie sam na to pytanie dość szczegółowo odpowiedzieć. Mnie zależy na pewnym ogólnym dobru wspólnym i poszanowaniu określonych zasad demokracji. I proszę – znowu niespodzianka – już jest lepiej! Kiedy wygrywała Platforma, to niegdysiejszo-przyszły premier biedził, że wyniki są sfałszowane. I proszę – ledwie wygrał i już wybory zrobiły się uczciwe, choć nieuchronnie zbliżający się premier wcale tego nie obiecywał. Taki już jest skromny. Zastanawiam się tylko czy skromnie nie przemilczał też innych planów wobec kraju.

Ponieważ o piłce nożnej nie mam bladego pojęcia, z największą przyjemnością się wypowiem. Zabieranie głosu na ten temat to kolejna zmiana w mojej postawie, ale również uzasadniona Nowym. Myślę na przykład, że teraz znacznie większy wpływ na rzeczywistość będą mieli nieżonaci mężczyźni przebierający się w sukienkę do pracy, którzy przeklinają w niej tzw. genderyzm. Jako oficjalnie bezdzietni są też ważnymi autorytetami w sprawach rodziny.

Skoro już wszyscy wypowiadają się o wszystkim, to ja chcę o piłce. Muszę przyznać, że kiepski ze mnie kibic i dobro mojej drużyny niespecjalnie mnie interesuje. Zwłaszcza, że już skład wystawiony do niedawnych mistrzostw przypominał trochę odrzuty z B-klasy. Obawiam się tylko, że zdobywcy ostatniego pucharu spopularyzują u nas nieco zapomniany styl gry, którego nie znajdziemy w ligach zagranicznych. Będzie więcej fauli, więcej plucia na murawę, więcej prymitywnej kopaniny, a znacznie, znacznie mniej pracy głową.

Ale wracając do klimatów pozytywnych – słońce nadal będzie wschodziło na wschodzie, co zdecydowanie jest dobrą wiadomością. Przypuszczam jednak, że w późniejszych porach dnia słońce będzie czuło się trochę szczęśliwsze.

Z nadzieją na puchar dla Krylii,

Jednonogi Brukselczyk 28.10.2015

Nic się nie stało

Dzisiaj rano w drodze do pracy postanowilem przeprowadzić jedną obserwację. Ponieważ należę do tej kategorii imigrantów, co pracują na dwóch robotach, i w związku z tym moje „rano” to 5:30, musiałem nieco poczekać na sprzyjające warunki. Zato wynik obserwacji był wręcz zaskakujący. Przeżyłem prawdziwy szok.

Słońce niespodziewanie pojawiło się na Wschodzie!

Nie wierząc własnym oczom, postanowiłem sięgnąć po opinię eksperta. Mgr astronomii Aleksandra Mickiewicz specjalnie dla Nowego Ruskiego Bloga potwierdziła: „Rzeczywiście, dzisiaj około godziny 6:19 Słońce w Krakowie wzeszło od strony wschodniej. Żadnych nieprawidłowości nie zaobserwowano.” Czyżby życie toczy się dalej?! – pomyślałem ostrożnie.

Po tym co czytałem dziś „na fejsie” spodziewałem się apokalipsy. Jeśli owa i była zaplanowana, to inaczej ją sobie wyobrażałem.

Będąc Rosjaninem, od 9 lat obserwuję (conajmniej) ironię związaną z tym, że w kraju moich przodków Putin siedzi u władzy już drugą dekadę. No to, proszę Państwa, to jest właśnie zmienialność władz! Co w tym złego? Co w tym strasznego? Ok. Powiecie mi, że co tam Ruski będzie o tym wiedział. Możliwe. Ale popatrzcie na USA. Oto właśnie „wzorzec prawdziwej demokracji”! Bush – Clinton – Bush Jr. – Obama. To tylko ci, kogo zostałem. I co? Stany w ruinie. Katastrofa. Koszmar-koszmar.

Rządy zmieniają siebie nawzajem. To się dzieje w każdym kraju. A już na pewno w każdej rozwiniętej demokracji.

Co teraz będzie? Wszyscy umrzemy! Sklepy będą zamknięte w niedziele? Wreszcie spełni się sen Polaka – będziemy żyli jak w Europie! Przynajmniej jak we Francji. A tam (tak, na marginesie zauważę) rządzą wcale nie chrześćjanscy fundamentaliści, tylko akurat Partia Socjalistyczna. Motywacja różna, a na wyjściu ten sam idiotyzm.

Wyższe opodatkowanie banków i takie tam nowacje gospodarcze. Wy poważnie uważacie, że pomysł „państwo opłaci twoje składki ZUS” jest lepszy? Zapytałem o to jedną business-woman, właścicielkę dobrze prosperującej firmy. Odpowiedziała mi na to w stylu, że „nie trzeba tym się martwić, przecież PO tego i tak nie wprowadzi – to tylko obietnica, żeby zachęcić do głosowania”. Przypuszczam. No to rządziłaby Polską partia, jedyną wizją której jest tani populizm. To byłoby dopiero świetnie!

Krylja Sowietow, drużyna piłkarska, której kibicuję, wypadła z rosyjskiej Ekstraklasy. Po raz pierwszy w swojej historii. Rok później wróciła i ograła obecnych mistrzów, petersburski Zenit. Na wyjeździe. 3-1. Dlaczego? Bo rok spędzony w Pierwszej Lidze wykorzystała na oczyszczenie się. Pojawił się nowy trener, który przyniósł ze sobą nową wizję gry i rozwoju, czego brakowało w poprzednich sezonach. Odnowił się skład. I dziś Krylja są mocniejsi niż byli przez ostatnie 10 lat. Tego by się nie stało, gdyby nie ta porażka. Bo porażki nie są od tego by się z ich powodu załamywać. One są po to, by na nich się uczyć i je wykorzystywać.

Prawie połowę czasu co tu mieszkam, przy władze w tej czy innej formie był PiS. Co będzie dalej? Moja prognoza: Słońce co rano będzie się pojawiać na Wschodzie, kobiety będą rodzić dzieci. Na tym blogu będą raz na trzy miesiące pojawiać się teksty, których nikt nie będzie czytał, a Majchrowski będzje kupować dla Krakowa coraz dłuższe tramwaje. Inymi słowy, życie będzie toczyć się dalej.

A za cztery lata… Albo i wcześniej… Jak mowią w wiadomościach wieczornych w rosyjskiej „Jedynce”, „co będzie – czas pokaże”. (Program tak się nazywa – „Czas”) Niniejszym Nowy Ruski oficjalnie ogłasza: Apokalipsa odwołana, towarzysze.

Mickiewicz, Kurski, Lennon, Hiroszima i Mors

Na Facebooku natknąłem się dziś na dyskusję w której uczestniczyło kilka nie najgłupszych osób, m.in. mój dobry przyjaciel i świetny dziennikarz Mateusz Żurawik. Wynikła z tweetu Jacka Kurskiego. Były poseł odniósł się do dzieła Adama Mickiewicza „Dziady”, dodał trochę numerologii i wydał taki tekst: „Krew jego dawne bohatery a imię jego czterdzieści i cztery. Prezydentura wraca w godne ręce dokładnie 1944 dni po śmierci Lecha Kaczyńskiego”. Mateusz, będąc uznanym mistrzem ciętej riposty, zaapelował o odrobinę rozsądku i przypomniał o 70. rocznicy bombardowania Hiroshimy, a mnie przyszła do głowy inna historia.

John Lennon (w kraju moich przodków również żartobliwie nazywany „Żenia Lenin”) w 1967 roku napisał piosenkę „I am the Walrus”. Jej tekst, według samego Lennona, częściowo został napisany pod wpływem środków psychotropowych, częściowo składa się z wierszyka śpiewanego w jego dzieciństwie przez kolegów na placu zabaw, częściowo z cytatów z książek takich jak Alisa w Krainie Czarów, bądź Król Lear. Efekt można sobie wyobrazić.

Bohater serialu „Big Bang Theory” dr Sheldon Cooper w odpowiedzi na komplement koleżanki, że „jest sprytny”, zauważył (słusznie zresztą) że musiałby odjąć z 60 punktów od swojego IQ, żeby zakwalifikować się do kategorii „sprytny”. Analogicznie nie da się określić ten utwór Lennona jako „absurdalny”. Tekst piosenki nie ma najmniejszego sensu – gubi się gdzieś w fantazjach narkotycznych autora, co sam John niejednokrotnie potwierdzał w swoich wypowiedziach. Ciekawy jest za to powód, dla którego utwór powstał. Lennon zdawał sobie sprawę z tego, jak poważnie część fanów The Beatles podchodzi do interpretacji ich tekstów, szukając w nich ukrytego sensu, który muzycy rzekomo chcą przekazać światowi. Doszło do tego, ze w jednej ze szkół w Anglii na lekcjach literatury nauczyciel dawał zadania przeanalizować ich piosenki. Lennona to rozbawiło na tyle, że celowo napisał bardzo zawiły wiersz, nie wkładając do niego żadnego sensu. Musiał mieć niezły ubaw obserwują kolejne wypowiedzi z serii „co autor miał na myśli”.

Jaki jest morał tej historii? Klasyk satyry Michaił Żwaniecki w jednym ze swoich tekstów napisał: „- Czy nie ma tu przypadkiem drugiego sensu? – Tu nie ma nawet pierwszego!”. Nie trzeba szukać w każdym słowie, nawet uznanych geniuszy, głęboko ukrytego przekazu dla potomnych. Nie odmawiajmy im ludzkiego prawa do zwyczajnego słowotoku od czasu do czasu. Nie wpadajmy w szał nadinterpretacji. Ani konkretnego cytatu z dzieła Adama Mickiewicza. Ani wypowiedzi Jacka Kurskiego.

Spowiedź emigranta

Niedługo minie 9 lat jak wyjechałem z Rosji. Moja emigracja nie była i nie jest polityczną. Najłatwiej to opisać banalnym „tak się stało”. Ale czy wyjechałbym ze względów politycznych? A nie wiem. Ciężkie pytanie.

Pomijam tu takie aspekty emigracji jak adaptacja w nowym kraju, utrata starych znajomości, bardzo ograniczony kontakt z rodziną i przyjaciółmi itp. To w równym stopniu dotyczy emigrantów politycznych i „zwykłych”. Nie chcę też rozpatrywać sytuacji osobistego prześladowania i różnego stopnia „represji” ze strony władz – tu wchodzi w grę bezpieczeństwo swoje i rodziny, więc wybór jest zupełnie innego charakteru. Będąc, łagodnie mówiąc, nie największym zwolennikiem obecnego w Rosji reżymu, na szczeście nie odczułem na sobie żadnej presji z jego strony (i oby tak pozostało).

A jednak znalazłem się w Polsce.

Co się zmieniło w moich uczuciach do Rosji? Nic. Dalej ją lubię. Dalej jestem obywatelem tego kraju. Dalej chcę być z tego faktu dumny, mimo że z każdym rokiem jest to coraz trudniejsze. Przeżywam to, co dzieje się w kraju moich przodków. Czuję się nijako współodpowiedzialny za to. Co więcej, w pewnym sensie stałem się reprezentantem społeczeństwa rosyjskiego dla świata zagranicznego. A to jest naprawdę spory ciężar – wiem, że patrząc na mnie, moje zachowanie w tej czy innej sytuacji, ludzi dookoła budują opinię nie tylko o mojej skromnej osobie, ale też o całym moim narodzie. Świadomie, czy nie – nie istotne.

I to działa też w drugą stronę. Większość ludzi przy pierwszym kontakcie ze mną – często nawet niechcąco – patrzą na mnie przez pryzmat ukorzenionych w świadomości steryotypów. Zaczynając od niewinnych, w stylu „pij – przecież jesteś Ruskim”. I ten niegatywny wizerunek mojej ojczyzny, który powstaje na świecie przez działania władz rosyjskich, w mniejszym lub większym stopniu przekłada się też na mnie. Paradoksalnie, to, przed czym mógłbym chcieć uciec emigrując, za granicą odczuwa się jeszcze bardziej niż w domu!

Użyłem określenia „dom” w odniesieniu do Rosji i złapałem siebie na myśli, że już od 9 lat mój dom (we wszystkich znaczeniach tego słowa) jest w Krakowie, a wyjazdy do Samary, gdzie spędziłem pierwsze 20 lat swojego życia, traktuję jako podróży zagraniczne. Ale i tak nie jestem w stanie (i nie chcę) podchodzić do tego kraju inaczej. Tak jak nie chcę zmieniać nazwiska ani imienia. (Eugeniusz Igor Diejanowski? Śmiesznie. Głupio. Bez sensu.)

Jak już powiedziałem wyżej, chcę być z Rosji dumny. Chcę kojarzyć się w pierwszej kolejności z Puszkinym, Gagarinym i Miendielejewym, a nie z aneksją Krymu i zagrożeniem Trzeciej wojny światowej. Ale mój wpływ na procesy zachodzące w Rosji stąd, z Polski, jest znacznie mniejszy, niż przed wyjazdem. Oprócz głosowania na wyborach federalnych (umówmy się, czysto symbolicznych) co mi pozostaje? Prowadzenie podziemnej działalności politycznej z zagranicy? Nie śmieszcie moje kapcie!

„Nie mam z tym nic wspólnego”? Nie – przykro mi, moi drodzy, ale tak to w rzeczywistości nie działa. Dziś jak oglądam reportaże z protestów w Moskwie, to czuję, że moje miejsce jest tam! Jak czytam o kolejnych inicjatywach ustawodawczych, wprowadzających odpowiedzialność karną za oddychanie w niewłaściwy sposób, czuję mieszankę złości, wstydu i bezradności. I to poczucie bezradności ani troche nie poprawia humoru. Takie są powody, dla których, gdyby moje życie potoczyło się inaczej, sama nieakceptacja polityki władz nie spowodowałaby mojej emigracji. I to jest to, nad czym prosiłbym zastanowić się tych, którzy teraz pod wpływem emocji mówią: „Pierdolę to, wyjeżdżam. Z tego kraju nic już nie będzie.” Bo to właśnie bez was „nic nie będzie”. To wy będziecie zmieniać ten kraj. Ok, teraz jest was niecałe 50%. Ale jeśli połowa z was wyjedzi – czysta matematyka – za pięć lat stosunek będzie już 2:1. A mi tutaj z tym wszystkim jeszcze żyć.

Tajemnice matrioszki

Matrioszkę zna każdy. Jest najbardziej rozpoznawalnym i jednocześnie steryotypowym symbolem Rosji obok bałałajki, niedźwiedzia, wódki i Putina. Dziś by ją kupić już nie musimy jechać do Moskwy, jest nawet w ofercie krakowskich Sukiennic. Wydaje się, że nie ma nic bardziej banalnego. Ale co my tak na prawdę o niej wiemy? Nowy Ruski przedstawia pięć faktów o matrioszce, których mogliście nie znać.

1. Matrioszka, powszechnie uważana za starożytną ludową zabawkę, wcale nie ma tak długiej historii. Pierwsze egzemplarzy pojawiły się zaledwie w XIX wieku. I to na sam koniec.
2. Co więcej, „ludową” też ją raczej ciężko nazwać, gdyż ma całkiem konkretnego autora – rosyjskiego artystę Sergieja Malutina.
3. Przy tworzeniu matrioszki Malutin inspirował się zabawką przywiezioną z Japonii przez żonę kolekcjonera sztuki Sawwy Mamontowa. Była to figura przedstawiającą boga Fukurokuju, wewnątrz której było umieszczono jeszcze kilka figurek.
4. Sama w sobie koncepcja umieszczania jednego drewnianego przedmiotu wewnątrz drugiego była wykorzystywana przez rosyjskich artystów już wcześniej przy tworzeniu jajek wielkanocnych.
5. Nazwa „matrioszka” pochodzi od popularnego w tamtych czasach na wsi kobiecego imienia Matriona albo Matriosza, które z kolei nawiązuje do słowa matier, czyli matka. Kojarzyło się to imię z matką wielkiej rodziny. Idealna kobieta wtedy miała mieć pyszne formy, co świadczyło o dobrym zdrowiu i płodności, – więc kształt matrioszki też nie jest przypadkowy.

Dzień zwycięstwa

Konakli, Turcja.

Dzień rozpoczął się od oglądania pięknej sceny. Na jednym z balkonów hotelu naprzeciwko pojawiła się kobieta w stroju kąpielowym. Na oko jej można było dać gdzieś od 35 do 55 lat. W rękach ona trzymała flagę Rosji takiego rozmiaru, że mogła spokojnie się nią owinąć. (I przecież ktoś specjalnie na taką okazje ciągnął to przez granicę…nadawał w bagaż…wpychał do busa… Oczywiście, mam na myśli flagę) Kobieta podjęła próbę przymocować trikolor na barierce balkonu. Poranek był dość wietrzny, i proces walki mojej rodaczki z żywiołem przypominał mi scenę ustawienia flagi czerwonej nad Reichstagiem, wykonaną w stylu Monty Pythona. Jak i 70 lat temu, zwycięstwobyło po naszej stronie, chociaż dało się z wielkim trudem. Turystka ciężko wydychnęła i z wyrazem zadowolenia na tważy zapaliła papierosa.

Trzeba zauważyć, że procentów 80 gości tego hotelu stanowili Rosjanie, więc flaga ta bardziej organicznie wyglądałaby nad dachem. Ale dobrze i tak.

Przygotowania do obchodów nie ominęły też licznych handlaży z pobliskich sklepików. Jeden z nich przewitał nas specjalnie wyuczoną z tej okazji frazą „gratulacje z okazji waszego święta” i, przechodząc od razu do rzeczy, zaproponował kupić koszulkę z nadrukowaną twarzą Putina. Grzecznie odmowiłem. Palić w pokoju nie wolno, a innego zastosowania dla tego dzieła sztuki ludowej nie widziałem.

Tym czasem w hotelu naprzeciwko zaczęły się animacje. Prowadząca radośnie wykrzykiwała „Dziękujemy dziadkom za zwycięstwo„. „Wnuczkowie” w tym czasie sączyli koktajle i tańczyli półnago pod rytmy turkodisco. Z głośników leciały remiksy piosenek wojennych na przemian z czymś współczesnym. Jedna kompozycja zapadła mi w duszę, chwytając za samo serce. Dziewczyna głoskiem niedorozwiniętego szympansa dzieliła się z nami swoimi przemyśleniami: „Póki w Rosji jest ropa, w Mediolanie jestem ja. Jeśli w Mediolanie jestem ja, znaczy w Rosji jest ropa”. Koniec cytatu.

Nocna bójka pod hotelem z udziałem handlaży i trójki rosyjskich turystów z pomarańczowo-czerwonymi wstążkami, zakończona średniej ciężkości obrażeniami ciała, przyjazdem żandarmerii i ucieczką solenizantów była godnym zakończenia tego najważniejszego dla każdego prawowiernego Rosjanina dnia w roku. Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Zwycięstwa (nad zdrowym rozsądkiem)!

Fenomen wiszącego dywanu

Nikt tak na prawdę nie wie, kiedy i gdzie narodziła się piękna świecka tradycja robienia zdjęć na tle dywanu. Przy czym „na tle” nie oznacza w pozycji leżącej. Według tradycji, dywan powinien wisieć na ścianie.

Poszukiwania korzeni tego zjawiska prowadzą nas do Związku Radzieckiego lat sześćdziesiątych XX wieku. Wtedy w całym kraju zaczęły pojawiać się tak zwane „chruszczowki” – typowe bloki z płyt żelbetonowych, słynne nie tylko z obskurnego dizajnu i sufitów poniżej 2,5 m, ale też z wyjątkowo cienkich ścian dzielących mieszkania. Najprostszym rozwiązaniem kwestii izolacji dźwiękowej było zawieszenie na ścianie dywanu (podobno jako pierwsi wpadli na to w środowisku akademickim.)

Dywan kosztował niemało i kupić go w pierwszym lepszym sklepie się nie dało. Można było go tylko „dostać”. Automatycznie posiadacz dywanu zaliczał się (przynajmniej w oczach sąsiadów i znajomych) do kasty wybrańców, których nie tylko było stać na taki zakup, ale którzy też mieli odpowiednie znajomości „gdzie trzeba”. Z tego powodu dywany wieszali nie w sypialniach, ale w salonach. Najczęściej – naprzeciwko wejścia, żeby gości wchodząc widzieli, że trafili nie byle gdzie.

W czasach Breżniewa spełniło się marzenie większości. Dywan stał się dostępny powszechnie. Z przedmiotu prawdziwie luksusowego dla przeciętnego mieszkańca Związku został on obiektem względnie taniego kiczu. Ci co mieli lepsze znajomości i warunki finansowe zaczęli kupować samochody. Reszta wpadła w swego rodzaju wyścig zbrojeń: kto ma większy dywan. Normą zrobiło się wieszanie go w każdym pokoju, w przypadkach klinicznych – na wszystkich ścianach. Co ciekawe, rzadko spotykanym zjawiskiem był dywan na podłodze – tam może się pobrudzić. Dziś w Rosji jeśli chcesz zademonstrować swój dobrobyt – zrób sobie zdjęcie z dywanem na ścianie! To będzie wyglądało podobnie do zdjęcia na masce czarnego podrdzewiałego BMW. Absolutny must have, bez czego fota się nie liczy, to stary telewizor Goldstar (z pilotem w celofanie) i grzejnik C.O. klasy „harmonika”.

Aleksiej

Aleksiej jest moim przyjacielem z czasów liceum. Pracowity, uczciwy, zorientowany w tym co się dzieje na świecie – jeśli chcecie poznać typowego (w dobrym, wyłącznie statystycznym sensie) Rosjanina generacji 80., to jest właśnie Losza.

Ukończył studia, uniknął poboru do wojska, znalazł zatrudnienie w państwowej korporacji kolejowej, gdzie siedzi przez ostatnie 5 lat. W miarę podirytowany pracą i panującym ustrojem politycznym. Pracę chce zmienić. Na wyborach w miare możliwości głosuje na opozycję. Na urlop jeździ do Europy.

Od kiedy wyjechałem, z powodów objektywnych, rzadko się widujemy, ale zawsze jak odwiedzam Samarę staramy się spotykać. Losza zdążył się ożenić i wziać hipotekę. Jak wielu Rosjan mieszkanie kupił jeszcze na etapie dziury w ziemi. Mieszkając z rodzicami żony, przez dwa lata czekał aż budynek będzie ukończony. Aż będzie oficjalnie oddany do użytku czeka do dziś.

Kiedy gościłem u niego w tym wrześniu, mieliśmy powód by się napić – jakiś tydzień przed tym uzyskał wreszcie prawo własności do mieszkania. Walczył o to w sądzie przez ponad rok.

W kuchni na blacie stoi przenośna kuchenka elektryczna. Według pierwotnego projektu blok miał mieć 9 kondygnacj. Deweloper wybudował 10. A gaz wg. zasad może być tylko do dziewiątego. I co? I nic. I lipa. A ponieważ budynek nie został jeszcze oddany, za prąd się płaci zgodnie ze stawkami dla przedsiębiorstw – ponad dwa razy wyższymi.

Dobrze, że jest ciepła woda. Losza mnie poprawia: ciepła woda nie „jest”, ona „bywa”. To prawda, w Samarze (jak i w całej Rosji) latem lubią odłączać ciepłą wodę – to się nazywa profilaktyka przed sezonem grzewczym.

Parę dni temu zapukali do drzwi ze spółdzielni. „Czy mają państwo już wykończone mieszkanie?” Zatkał się pion wentylacyjny, niedługo będą łamać ścianę w kuchni.

Stoimy na balkonie. Palimy. Losza opowiada o nowym samochodzie. Kupił terenówkę Chevrolet Niva. Po tygodniu skradli mu koło zapasowe, to wieszące na bagażniku. Pewnego rana wsiada do samochodu i widzi, że cały salon usypany jest kawałkami szkła. Patrzy w lusterko – tylnej szyby nie ma. Kiedy sprzątał, to sprzodu na dywaniku znalazł kule od pistoletu. Domyśla się, że zajął miejsce na parkingu pod blokiem właścicielowi Jeepa. Na szczęście ubezpieczenie pokryło obie straty – na takich rzeczach Losza nie oszczędza. Jeepowiec, a propos, też gdzieś znikł. O czwartej nad ranem wychodzę. Stoimy w drzwiach. Uścisk dłoni na pożegnanie. Mój przyjaciel ze smutkiem w głosie pyta mnie „Ech, Żenia… Czemu ty wyjechałeś?” Nie wiedziałem co mu odpowiedzieć…

Żyć jak w Europie

Siedzę w małej (lecz drogiej: saszetka musztardy – 4 zł) knajpie w terminalu D lotniska Szeremetjewo w Moskwie. Nie dlatego, że jestem burżujem, i nie dlatego, że jedzenie tu jest wyjątkowo smaczne. Po prostu wszystko w Terminalu D jest drogie, a do tego to było jedyne miejsce, gdzie łaskawie zgodzili się przyjąć opłatę kartą. Format – coś pośredniego pomiędzy fast-foodem a przeciętnym rosyjskim lunch-barem. Stroganow z ziemniaczkami na tacy z plastykowymi sztućcami.

Towarzystwo – różnorodne.

Naprzeciwko siedzi typowy rosyjski dres. Od piętnastu minut rozmawia przez starą Nokie. Chyba z żoną. Niejaki Wasiok nalega, żeby wysłać mu do jutra pieniądze. Mój nieznany z imienia sąsiad przekazuje instrukcje, żeby jego rozmówczyni w żadnym wypadku nie zdradzała, gdzie się udaje (leci do Wołgogradu – tak wynika z karty pokładowej). Inaczej będzie mógł najwyżej wysłać jej testament. Je pistacje. Skrupki składuje z precyzją, godną lepszego zastosowania, do akuratnej kupki na stoliku, już teraz przypominającej piramidę w Gizie. Ma jeszcze dwie paczki. Wygląda na to, że chce ułożyć pełny zestaw. Szkoda, że bez Sfinksa. Obiecuje niedługo wywieźć żonę(?) do Europy. Dalej od tego syfu.

Stolik obok okupowało dwóch biznesmenów. Właśnie wrócili z Niemiec. Z rozmowy wynika, że „tam to kurwa jest kultura”. Nie to co tu. Popijają czerwone winko, zajadając tłustym kurczkiem. Lot minął spokojnie, bez przygód. Gorzej było z lądowaniem w knajpie. Wolnych krzeseł było sporo. Ale cieżko było znaleźć stolik, który by nie był zagromadzony zużytymi tacami. W końcu się udało. Prawie. Tac na stoliku obok nie było, ale na nim leżały zużyte serwetki. „Kurwa, nie bedę jadł w takim syfie” – rzekł grubszy biznesmen i szerokim, czysto rosyjskim, gestem zrzucił papierki bezpośrednio na podłogę. „Ja pierdolę, kraj brudasów” – podsumował.

Kiedy załatwiłem sprawy ze stroganowym, dopiłem kufel Bałtyki 9 (smak dzieciństwa) i udałem się z tacą w kierunku tabliczki „Zwrot naczyń”, poczułem na sobie zdziwione i nawet nieco wrogie spojrzenia sąsiadów…